Z życia Kangurzycy
Zanim Cię poznałam codzienność wyglądała tak jak na zdjęciach.
Zanim Cię poznałam codzienność wyglądała tak jak na zdjęciach.
dziś zrozumiałam co sprawia mi problem.
muszę zaakceptować i polubić zwolnione tempo i czas płynący tak powoli, że już nawet posiadanie zegara nie ma sensu. nic mi nie ucieknie. wszędzie zdążę.
to, że przez jakiś czas dla B muszę być o krok do tyłu w stosunku do całej reszty świata i że moje życie NAPRAWDĘ się zmieniło, jest każdego dnia odkryciem. dziwię się na nowo co rusz.
nawet najbardziej zmęczona.
nawet najbardziej ograniczona w swobodzie.
kocham Cię najmocniej na świecie.
bardzo często używam powiedzenia, że coś jest “z dupy”. jest ono wyjątkowo uniwersalne, choć jednocześnie bardzo prostackie.
jego kolejną zaletą jest fakt, że nie znam zamiennika, który opisał by to niewiadome pochodzenie wielu spraw, rzeczy i myśli.
nie rozwodząc się dłużej, dochodzę do wniosku, że siła matczynej miłości też jest “z dupy “. przychodzi nagle, niespodziewanie, wtedy kiedy chcesz wszystko rzucić w jasną cholerę i uciec na drugi koniec świata. (tak, tak. porzucając również dziecko).
“i proszę uwierzyć, że nie ma dla niego nic lepszego na całym świecie niż Pani miłość. od nikogo nie może dostać nic lepszego. niezależnie od tego jak ktoś by oceniał tą miłość. dla niego ona jest idealna. bo idzie prosto z Pani serca. a taka prawdziwa miłością nie można nic popsuć.”
czyli o rozmowie telefonicznej z obcą osobą. obcą, a jak pomocną.
czasem widać potrzeba dystansu i głosu rozsądnego eksperta.
uczę się jak zrobić błyskawiczny makijaż. i naszykować się do wyjścia z domu w 3 sekundy.
tryb zmęczonego zombi zaczyna mi towarzyszyć już trzeci dzień.
a rezygnowanie z czasu dla siebie nadal powoduje łzy.
bycie matką w trzecim tygodniu jest ciężkie.
czuję, że poród zrobił za mnie wielkie podsumowanie.
zamknęły się drzwi i to z hukiem. mam te same ubrania i w domu są te same meble.
mam zupełnie nowe, zmienione ciało. często nowe wcale nie musi znaczyć lepsze.
zmieniło się wszystko tak, że ciężko jest wyliczać co już nie wróci, a co będzie teraz normą.
z pewników.
znajomości się weryfikują. znajomi też.
poród jest bolesny jak jasna cholera. jest też z pewnością mistycznym doznaniem na ziemi. coś jak główna rola w filmie s-fi z hektolitrami romantyzmu.
mam za sobą też pierwsze w życiu załamanie nerwowe i stan totalnej histerii.
co przede mną?
?
dziś jadąc do urzędu stanu cywilnego, na tylnim siedzeniu (bo na przednim byłeś Ty) za szybą przemykał świat. tak dobrze go znam. knajpy, uliczki, restauracje. popatrzyłam na Ciebie i pomyślałam: “w tych wszystkich bólach zabrałeś mi moje dotychczasowe życie”
jestem w jakimś “pomiędzy”. z lewej rozgoryczenie z prawej szczęście.
bolesny poród to pikuś, ponoć trudniejsze jest macierzyństwo. tak powiadają starsi.
niedługo po tym jak poznałam Tatę pojechaliśmy razem do Maroka.
pamiętam dzień wyjazdu. strasznie się bałam:
czy wytrzymamy ze sobą tyle czasu.
czy dopasujemy się pod względem “zachcianek wakacyjnych”.
czy będziemy się po prostu dobrze bawić.
czy nie pozabijamy się przy najmniejszym problemie.
czy będę czuła się bezpiecznie.
a od samego rana przebierałam nogami, bo tak strasznie chciałam już być TAM.
dziś jest zupełnie tak samo. czuję wiele podobnych emocji.
chciałabym być w podróży macierzyńskiej. przebieram nogami w miejscu.
ale mam też reisefieber.
ciąża donoszona. jestem “w terminie”, czyli zostało kilka dni w blokach startowych.
z jednej strony dużo zniecierpliwienia i czekania na to co będzie. z drugiej strachy przed tym co ma nadejść. a plasterkiem opatrunkowym jest zmęczenie, które pozwala mi przede wszystkim leżeć. dni przepływają przez palce. każdy jest taki sam. łóżko, kanapa, telewizor, książka, zdroworozsądkowy powolny spacer.
boli brzuch.
i po tym całodziennym leżeniu znów jestem padnięta i zasypiam już po 22.
jeszcze tylko wymienię kilka zdań z brzuchem i dobrej nocy.
jesteś już dużym małym chłopcem. kiedy dotykam brzucha nie jest on idealną kulą, ale pasmem nierówności. da się wyczuć, że pod skórą ktoś mieszka. kopiesz jak szalony. wiele siły w takim małym ludziku musi drzemać. pan doktor mówi, że masz długie nogi. na zdjęciach z usg widać, że jesteś podobny do Taty. a mi coraz częściej śni się sen w którym jestem z rudym chłopcem. to Ty?
w podręcznikach parentingowych piszą o syndromie “wicia gniazda”. zaczynam widzieć u siebie niektóre objawy. mam też milion powodów by od tygodnia twierdzić, że ja kompletnie nie nadaję się na matkę. jeszcze tydzień temu bałam się jedynie porodu. dziś boję się porodu i tego co po nim. do jeżdżenia samochodem przygotowywałam się na intensywnym kursie. magistra zdobywałam 5 lat. matura to też nie był pikuś. więc dlaczego do macierzyństwa nie ma kursów przygotowujących? myślę, że to będzie jakiś przeogromny sprawdzian dla intuicji.
coraz częściej budzę się w nocy. nie wysypiam się porządnie. spacery traktuję jako obowiązek w przygotowaniu do aktywnego porodu. i niezależnie ile przejdę w ciągu dnia, wieczorem nogi są spuchnięte tak, że chodzę na małych “poduszkach”.
kręgosłup. biodra. mogę wyliczać bez końca. 8 miesiąc uświadomił mi, że ciąża może być ciężka i męczyć organizm. do tego strachy i zniecierpliwienie.
ten wielki brak poczucia pewności. zapowiada się niezły bałagan w moim pedantycznym światku.
wierzę przeogromnie w nieokiełznaną siłę natury, która ma nadejść wraz z pierwszym kryzysem. naprawdę w nią wierzę, bo inaczej schowałabym się teraz do małej, ciasnej norki.